Testament życia: nie ma żadnej pewności, że zostanie uwzględniony



Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia - 04 lipca 2017 11:55


Oświadczenia pro futuro, czyli wskazanie przez pacjenta w tzw. testamencie życia, jak ma wyglądać jego leczenie, gdy straci świadomość, są czysto uznaniowe. Lekarze, w obawie przed penalizacją, z reguły nie chcą takich deklaracji zauważać. Ta kwestia nadal wymaga prawnego uregulowania.

- Bez regulacji sprawa „życia u kresu życia” wciąż pozostanie tabu, a skutkiem będzie podwójne cierpienie - zarówno z powodu choroby, jak i świadomości, że nie ma się nad swoim życiem żadnej władzy - mówi dr Łukasz Andrzejewski, prezes Polskiej Ligi Walki z Rakiem.

Wraz z przesuwaniem się granicy śmierci i wynikającymi z tego faktu konsekwencjami rośnie też zainteresowanie oświadczeniami pro futuro, czyli tzw. testamentami życia. Chodzi o prawo przyszłego pacjenta do decyzji, czy zgadza się na podanie krwi, podtrzymywanie funkcji życiowych przez odpowiednią aparaturę czy nawet karmienie. Przywilej decydowania o sobie samym nie gaśnie z momentem utraty świadomości. Tyle mówi teoria. Praktyka pisze jednak inne scenariusze.

- Jeśli chodzi o skuteczność oświadczeń pro futuro, jest pełna uznaniowość. Możemy sobie takie oświadczenie podpisać i nosić je w portfelu; ba - możemy je nawet sporządzić u notariusza - natomiast nie ma żadnej pewności, że zostanie uwzględnione - mówi Rynkowi Zdrowia mec. Michał Grabiec.

SN o oświadczeniu pro futuro
- Orzeczenie Sądu Najwyższego z 2005 roku nakazuje lekarzowi respektowanie takich oświadczeń. Ale idę o zakład, że niewielu pracowników systemu ochrony zdrowia zna to rozstrzygnięcie - zauważa dr Tomasz Dzierżanowski z Pracowni Medycyny Paliatywnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Chodzi konkretnie o orzeczenie SN o sygnaturze III CK 155/05. Było ono odmienne od orzeczeń sądów niższych instancji, a cała batalia rozpoczęła się od niezgody na transfuzję krwi.

W sierpniu 2004 roku 43-letnia kobieta uległa wypadkowi i utraciła przytomność, a stan zdrowia wymagał przetoczenia. Z pisemnego oświadczenia znalezionego przy pacjentce wynikało, że „bez względu na okoliczności” nie zgadza się ona na „żadną formę transfuzji krwi”, nawet w celu ratowania życia. Napisała, że jest świadkiem Jehowy.

Wbrew oświadczeniu ostatecznie krew - za zgodą sądu rejonowego - przetoczono, a organ sprawiedliwości uzasadnił swoją decyzję „nadrzędną - w systemie społecznych wartości - potrzebą ratowania życia.” Po odzyskaniu zdrowia pacjentka i jej syn odwoływali się od tej decyzji do kolejnych instancji, które podtrzymywały argumentację sądu rejonowego.

Sąd Najwyższy stwierdził jednak, że oświadczenie pacjenta wyrażone na wypadek utraty przytomności, określające wolę w sytuacjach leczniczych w przyszłości, jest dla lekarza - jeżeli zostało złożone w sposób wyraźny, jednoznaczny i nie budzi innych wątpliwości - wiążące.

Oświadczenia pro futuro nie mają jednak bezpośredniego odniesienia w aktach prawnych. Równocześnie penalizowane jest nieratowanie życia - i tego najbardziej obawiają się lekarze. Choć nie istnieją badania empiryczne na temat stosowania pro futuro, eksperci zaznaczają, że lekarze wolą nie ryzykować i zdecydowanie częściej omijają testamenty życia, niż się nad nimi pochylają.

Czego (nie) obawiają się lekarze
Na pewno nie obawiają się konsekwencji prawnych nieuszanowania woli pacjenta. Bo tych praktycznie nie ma. - Zignorowanie oświadczenia woli pro futuro przez lekarza powinno spotkać się z karą, ale z zastrzeżeniem, że spełnienie tego oświadczenia jest dozwolone prawnie i etyczne. Nie znam orzecznictwa sądowego w przypadkach niezastosowania się do orzeczenia Sądu Najwyższego z 2005 r. - przyznaje dr Tomasz Dzierżanowski.

Podobne spostrzeżenia ma mec. Michał Grabiec. - W przypadku nieuznania przez lekarza oświadczenia pro futuro, w obecnym otoczeniu prawnym rodzinie trudno byłoby wywalczyć przed sądem jakiekolwiek zadośćuczynienie. Osobiście z takim przypadkiem nigdy nie miałem do czynienia - mówi.

Zdecydowanie większe ryzyko prawne niesie respektowanie pro futuro. Sytuacja jest kuriozalna, bo - jak podkreśla dr Weronika Chańska z Zakładu Filozofii i Bioetyki Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum - „podstawowym obowiązkiem lekarza - wynikającym z zasad etyki i norm zawodowych - jest działanie w imię dobra pacjenta”. Dodaje, że to właśnie pacjent jest najlepszym arbitrem we własnej sprawie.

- W Polsce dąży się do tego, żeby za wszelką cenę pacjenta leczyć. W pełni rozumiem taki pragmatyzm lekarzy. Mniejszością na pewno są ci, którzy ze względu na określone poglądy etyczne czy z uwagi na szacunek do autonomii chorego odstąpią od podtrzymywania życia, a tym samym narażą się na konsekwencje karne za śmierć przez zaniechanie - tłumaczy mec. Grabiec.

W podobnym tonie wypowiada się prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, psychiatra i psychoonkolog, były konsultant krajowy w dziedzinie medycyny paliatywnej. - Ze strony lekarzy jest więcej lęku o odpowiedzialność za zaniechanie leczenia, niż za ewentualne pociągnięcie do odpowiedzialności za niezastosowanie się do woli pacjenta - konstatuje.

Regulować czy nie?
Z jednej strony art. 15 Kodeksu Etyki Lekarskiej wyraźnie wskazuje na konieczność uzyskania przez lekarza zgody pacjenta na proponowane przez siebie działania lecznicze, więc normy zawodowe nie pozwalają „obrazić się” na chorego i nie respektować jego woli. Z drugiej strony kodeks etyki to nie to samo, co np. ustawa.

- Nie mamy przepisów, które w sposób jasny, klarowny i bezdyskusyjny mówią, jak lekarz powinien zachować się w sytuacji uporczywej terapii i złożenia przez pacjenta oświadczenia pro futuro - zaznacza mec. Grabiec.

Zauważa, że lekarza spory doktrynalne w świecie prawniczym nie interesują - i interesować nie powinny, bo rola lekarzy jest zupełnie inna. Optuje za regulacją ustawową, która jasno wskazywałaby, że „niebudząca wątpliwości, świadomie wyrażona przez osobę zgoda upoważnia do odstąpienia od czynności medycznych”.

Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, wskazują także na możliwość prawnego „rozjaśnienia” w obszarze oświadczeń pro futuro poprzez ratyfikację Europejskiej Konwencji Bioetycznej, którą Polska podpisała, ale - prawdopodobnie z powodów światopoglądowych - do tej pory nie ratyfikowała.

W kwestii potrzeby regulacji mniej jednoznacznie wypowiada się prof. de Walden-Gałuszko. - Nie można stwierdzić, że uregulowanie usunie wszelkie trudności. Z jednej strony ważny jest szacunek do autonomii pacjenta, ale z drugiej paternalizm też nie zawsze jest zły - nawet gdy nie uwzględnia woli, to ma na celu (i może się stać) właściwym dobrem pacjenta - zauważa.

Tłumaczy, że jeżeli pacjent ma oświadczenie pro futuro, to swoje stanowisko wyraził w „bezpiecznej” sytuacji. - Nie wiemy, czy w przypadku zagrożenia życia nie uległoby ono zmianie - mówi. Zwraca też uwagę na to, czy podjęta przez pacjenta decyzja była kompetentna, czyli nie miała na nią wpływu np. depresja. Lekarz - mając do czynienia z chorym bez świadomości - tego nie wie.

Co dalej?
Szef Polskiej Ligi Walki z Rakiem, zapytany o przyszłość w obszarze oświadczeń pro futuro, nie jest optymistą. - Co dalej? Nic. Moim zdaniem Polska nadal będzie stała w rozkroku, a pomiędzy tymi „nogami” będą się przepychać różne stanowiska. Taka prowizorka będzie trwała 20, 30, a może i 50 lat - stwierdza.

- Jeśli uczciwie nie zadamy sobie pytania, gdzie tak naprawdę kończy się życie, będziemy skazani na afirmację dość prymitywnych - moim skromnym zdaniem - partykularyzmów. A chorzy już za życia będą skazywani na cudze sumienia - dodaje dr Łukasz Andrzejewski.