Domy Pomocy Społecznej: przemoc i totalna kontrola?



Dziennik Gazeta Prawna/Rynek Seniora - 16 maja 2017 10:55


Co roku do DPS trafia średnio 11 tys. osób, a choć procedury przyjęcia są ściśle określone dalsze 8 tys. osób czeka w kolejkach, czasami po kilkanaście miesięcy.

Jeden za drugim powstają więc DPS-y niepubliczne. Pół biedy, jeśli są to ośrodki działające zgodnie z prawem i zarejestrowane, a więc poddawane jakiejś kontroli. Ale równolegle mamy wysyp komercyjnych i nielegalnych instytucji.

Ile ich jest, nikt nie wie, bo obchodzą prawo na kilka różnych sposobów. Zawierają np. z rodzinami pensjonariuszy umowy cywilne, nad którymi nikt nie ma nadzoru. A w tych umowach nagminnie zdarzają się klauzule niedozwolone, takie jak zrywanie umowy z dnia na dzień na wypadek braku opłaty na czas czy złamania regulaminu.

Wbrew nazwie „domy pomocy” to nie są prawdziwe domy, tylko instytucje. Opiekunów z podopiecznymi nie łączy więź emocjonalna, ale stosunek pracy.

Co więcej, umowy często podpisywane są nie z samymi mieszkańcami, ale z ich rodzinami lub z gminą. Więc podopieczny z podmiotu opieki staje się jej przedmiotem. Takim, którego chroni się przed postronnymi.

Stąd w DPS regulaminy i spisane rozkłady dnia. Stąd zgody na wyjścia z DPS, na wizyty, na to, by zjeść posiłek w pozaregulaminowej porze. Nawet prawo do intymności to rarytas. Normą jest dzielenie pokoi z innymi, których przecież sobie pensjonariusz nie wybiera. Rzadkością własne klucze do pokojów czy zamykane toalety. Dokumenty i kosztowności pensjonariuszy często są przechowywane w depozytach, co powoduje, że faktycznie pozbawia się ich dostępu do tych rzeczy.

Więcej: www.gazetaprawna.pl