Kardiolodzy ostrzegają: zwiększą się kolejki, wzrośnie śmiertelność



PAP/Rynek Seniora - 23 czerwca 2016 10:28


Zmiany wyceny w kardiologii inwazyjnej podzielą pacjentów na tych, których stać na dopłacanie do lepszych terapii i tych, którzy nie będą mogli sobie na to pozwolić. Zmniejszy dostępność do zabiegów i zwiększy kolejki, co przełoży się m.in. na wzrost śmiertelności - ostrzegają kardiolodzy. MZ chce z kolei zaoszczędzone środki wydać na podwyższenie wyceny w opiece długoterminowej, paliatywnej i środowiskowej opiece psychiatrycznej.

Nową wycenę taryf dla procedur kardiologii inwazyjnej przeprowadziła Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Jednocześnie w połowie czerwca do konsultacji trafił projekt zarządzenia prezesa NFZ, w którym również zaproponowano zmianę rozliczania procedur kardiologicznych od 1 lipca.

Szybka zmiana
Podczas środowej (22 czerwca)  konferencji prasowej organizowanej przez Polskie Towarzystwo Kardiologiczne lekarze oceniali, że obniżenie taryf spowoduje zmniejszenie dostępności do zabiegów i zwiększy kolejki, co przełoży się na wzrost śmiertelności pacjentów kardiologicznych, a nawet na bankructwa szpitali. Lekarze krytykowali także tempo wprowadzania zmian w procedurach kardiologicznych zaproponowanych w projekcie zarządzenia prezesa NFZ.

Wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda w środę wyjaśniał dziennikarzom, że wyceny AOTMiT wejdą w życie z początkiem przyszłego roku. - Stawki agencji taryfikacji będą obowiązywały od 1 stycznia 2017 r., natomiast prezes NFZ - póki one nie są opublikowane - może dokonać swojej korekty zgodnie z własnym uznaniem i zgodnie z danymi, które zebrał i posiada - wyjaśnił.

Przypomniał jednocześnie, że resort przygotował projekt, zgodnie z którym wyceny AOTMiT mają wchodzić w życie po 3 miesiącach, ponieważ obecnie w niektórych przypadkach może to trwać niemal półtora roku. - Taki stan jest oczywiście nie do utrzymania. Byłoby to ze wszech miar niegospodarne, jeżeli dzisiaj wiemy, że taryfa jest zawyżona, koszty wykonania są znacznie niższe niż to co płaci NFZ i przez półtorej roku musielibyśmy utrzymywać fikcję - przekonywał wiceminister.

Pacjenci podzieleni na lepszych i gorszych
Zdaniem kardiologów przygotowywane zmiany wyceny w kardiologii inwazyjnej podzielą pacjentów na tych, których stać na dopłacanie do lepszych terapii i tych, którzy nie będą mogli sobie na to pozwolić. Lekarze wskazują także, że na początku marca AOTMiT opublikowała propozycje podwyższenia taryf dla kardiologii zachowawczej, która - jak oceniają - "nie jest skuteczną metodą leczenia pacjentów z chorobami serca i naczyń".

- Spodziewając się mniejszych dochodów z tytułu leczenia i wykonywania procedur, będziemy prawdopodobnie zmuszeni posługiwać się tańszymi metodami terapeutycznymi - metodami, które są stosowane od wielu lat i powinny być zastępowane powoli metodami nowszymi - podkreślił prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego prof. Piotr Hoffman. Dodał, że lekarze obawiają się, że źle wpłynie to na wyniki leczenia, a w efekcie pogorszy rokowania i doprowadzi do wzrostu śmiertelności.

Zdaniem prof. Wojciecha Drygasa z Instytutu Kardiologii w Warszawie obecnie należałoby raczej uwzględnić możliwości lepszej organizacji, odpowiedniego finansowania i poprawy dostępności diagnostyki, leczenia i kompleksowej rehabilitacji chorób serca i naczyń, a także znaczenie nowoczesnej promocji zdrowia oraz skutecznej i odpowiednio wcześnie podjętej profilaktyki.

Bo "budują na tym fortuny"
Wiceminister Łanda powiedział, że kardiolodzy zdają sobie sprawę z tego, że wycena wielu świadczeń w kardiologii interwencyjnej jest zawyżona; przyznał jednocześnie, że świadczenia w kardiologii zachowawczej są wycenione zbyt nisko.

- Trendy demograficzne i trendy epidemiologiczne, które są również odzwierciedlone w mapach potrzeb zdrowotnych, wskazują, że nakłady na kardiologię będą musiały wzrastać w najbliższych latach: to jest fakt, nikt się z tym nie spiera, jesteśmy na to przygotowani i tak na pewno będzie się działo - podkreślił Łanda. Zaznaczył jednocześnie, że część świadczeniodawców (głównie prywatnych) wykonuje tylko te świadczenia, które są wysoko wycenione i "budują na tym fortuny". Z kolei szpitale (przede wszystkim publiczne), które świadczą pełen zakres usług, mogą mieć problem ze zbilansowaniem.

Zapewnił, że placówki świadczące pełen zakres usług (zarówno przeszacowanych, jak i niedoszacowanych), nie muszą obawiać się zmian, ponieważ ich przychody zwiększą się na skutek podwyższenia taryf w niektórych zakresach i dodatkowo zakupiona zostanie większa liczba świadczeń.

- Za zaoszczędzone pieniądze będziemy mogli podnieść taryfy w innych zakresach oraz poluzować limity czyli zakupić większą liczbę świadczeń. Dlatego właśnie wszyscy państwo zaobserwujecie w czwartym kwartale tego roku, że wreszcie kolejki zaczną iść w dół - dodał.

Więcej pieniędzy na przewlekle chorych
Poinformował, że pierwsza fala zmiany taryf, jaka miała miejsce w grudniu (czyli podwyższenie wyceny w opiece długoterminowej, paliatywnej i środowiskowej opiece psychiatrycznej) wymaga dodatkowych nakładów od 600 do 800 mln zł. Kolejna, rozpoczęta w kwietniu fala zmiany taryf (która obejmuje m.in. kardiologię interwencyjną) mogłaby - zgodnie z założeniami - dać od 700 mln zł do miliarda złotych oszczędności. Następne, zaproponowane w czerwcu zmiany (m.in. podwyższenie wyceny w kardiologii zachowawczej) kosztowałoby płatnika dodatkowe 250 mln zł.

- Mniej więcej zmniejszenia taryf korespondują z podwyższeniem taryf. Natomiast oprócz tego będziemy potrzebować dodatkowych pieniędzy na poluzowanie limitów do tych świadczeń, do których dzisiaj kolejki są najbardziej nieuzasadnione i bolesne dla pacjentów, co oczywiście będzie wymagało znalezienia dodatkowych pieniędzy w systemie; szacuję że to będzie ok. miliarda złotych dodatkowo. Czyli tak naprawdę jest miliard oszczędności, a dwa miliardy dodatkowych wydatków. A wszystko przełoży się na sytuację pacjenta i zmniejszenie kolejek - powiedział Łanda.